News
Tajlandia - kraj wolnych ludzi
Miłosz Dąbrowski, 2012-01-03
Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałem sobie wyjazdu do Azji czy w inne odległe strony świata, który kosztowałby tyle, co kilka wyjazdów do najpopularniejszego od lat Egiptu. Wiele osób myśląc podobnie wybierało wariant: lepiej 2-3 razy w roku do Egiptu niż jeden raz daleko i za dużą kasę...

Cóż, czasy się zmieniają, ludzie również...
Od mojego pierwszego wyjazdu do Indonezji wiem, że dalekie podróże do ciekawych miejsc są warte każdych pieniędzy. Dobra i zgrana ekipa dająca sobie radę pod wodą to podstawa każdego wyjazdu, no chyba że ktoś jest amatorem samotnych podróży. Moi uczniowie, koledzy i przyjaciele ku mojemu zadowoleniu często planują wakacje ze mną. Dzięki temu mocna i doświadczona ekipa nie jest tak zagrożona jak osamotniony turysta w odległym egzotycznym kraju. Z pewnością Tajlandia jak każdy kraj ma swoje niebezpieczeństwa, które niosą różny stopień ryzyka.
Jedziemy do Tajlandii
Kilka miesięcy dojrzewałem do decyzji gdzie konkretnie chciałbym zanurkować i gdzie się udać w kolejną długą podróż. Jak każdy mam swoje nurkowe marzenia i mam zamiar je powoli realizować. Być może wybór padł właśnie na Tajlandię ze względu na polskie centrum nurkowe w tym rejonie Azji...?
Oczywiście było to spore ułatwienie przy planowaniu i organizacji wyjazdu. Piotr i Gosia są profesjonalistami a ich serwis jest na najwyższym poziomie, o czym przekonywałem się każdego dnia pobytu. Nasz wyjazd wypadł na drugą połowę marca, czyli okres w naszym kraju, który najkorzystniejszy dla człowieka nie jest. Zimno, ciemno i nieprzyjemnie, a na dodatek bardzo często jeszcze zimowo... Za to w Tajlandii większość dni w marcu jest słonecznych. Powietrze gorące - ok. 32-34 stopni i wilgotne. Woda osiąga 30 stopni, zaczyna się najlepszy okres podwodnych obserwacji, większa ilość planktonu przyciąga mnóstwo dużych i małych ryb.
Tuż po przyjeździe zgodnie z planem Gosi zwiedzamy, poznając atrakcje wyspy Phuket. Zmęczenie podróżą, zmiana czasu i upał niestety nie pomagają, ale rozpoczynamy wycieczkę od tajskiego masażu, więc regenerujemy się solidnie. Masaż niektórych usypia, innym sprawia ból, ale cała ekipa przyznaje, że był niesamowity...Wizyta na miejscowym targu, gdzie zapachy ryb, owoców, mięsa, potu, przypraw zaserwowane prosto w nozdrza każą nam ćwiczyć bezdech, ale ciężko to zrobić gdy Wojtek ze smakiem pożera dużego świerszcza, którego zakupił za 10 batów czyli 1 zł... Próbujemy też dziwnych owoców (polecam mangostynkę, o wyglądzie ale na szczęcie nie smaku czosnku), świeżych ostryg, robimy drobne zakupy. W takim miejscu zawsze się żałuje, że nie można sfotografować zapachu... Następnie zwiedzamy: miejsce, w którym Tajowie rozstają z prochami zmarłych, wielkiego Buddę umiejscowionego na prawie najwyższym wzniesieniu na Phuket, skąd można podziwiać panoramę dużej części wyspy i kilka innych atrakcyjnych miejsc.
Następnego dnia wieczorem okrętujemy się na naszą łódź i rozpoczynamy kilkudniowe safari. Celem jego jest zaliczenie najciekawszych nurkowisk wysp Similan i Richelieu Rock w Archipelagu Surin na Morzu Andamańskim.
Nury na Similanach
Rejon ten został niedawno uznany przez pismo ,,Guardian" za jedno z 10 najlepszych miejsc do nurkowania na świecie. Osobiście nie jestem zwolennikiem porównywania miejsc nurkowych, bo przecież każde ma swoją specyfikę i charakter. Nie można zatem porównać Morza Czerwonego ze Śródziemnym czy nurkowaniem w jeziorze. Niestety żal słuchać czasami wypowiedzi kolegów i koleżanek, którzy poza Egiptem nie uznają nic innego w nurkowaniu. Przecież piękne nurkowanie można zaliczyć także w jeziorze, pod pewnymi jednak warunkami: że jesteśmy pozytywnie nastawieni, chcemy i umiemy obserwować podwodne życie. Nie sposób wymagać od jeziora rafy koralowej czy widoczności rodem z Morza Śródziemnego. Porównywanie miejsc nurkowych mija się po prostu z celem. Piękne w podróżowaniu jest właśnie odkrywanie nowych i innych miejsc do zanurzenia się...
Myślę jednak, że wszystkim marudom i osobom naprawdę szukającym dziury w całym nurkowania na Similanach przysporzyłyby z pewnością powodów do zadowolenia. Oto fakty: ciepłe prądy niosące plankton dają życie znacznie bogatsze niż w Morzu Czerwonym. Sklasyfikowano tu ponad 1400 gatunków ryb, czyli dwa razy więcej niż w Egipcie. Przy odrobinie szczęścia spotkać można tu manty, rekiny lamparcie (to właśnie nam się udało), a nawet rekina wielorybiego (nam zabrakło szczęścia). Dodatkową atrakcją są wielkie ławice ryb oraz przedstawiciele świata makro: koniki morskie, ślimaki nagoskrzelne czy ghost pipe fish. Widoczność zaskoczyła nawet mnie. Trudno szacować w metrach, ale spokojnie przejrzystość sięgała 30 metrów.
Morze Andamańskie jest ozdobione setkami malowniczych wysp. Większość z nich jest niezamieszkała i otoczona rafami koralowymi. Wybrzeże Andamańskie rozciąga się u wybrzeży Tajlandii na przestrzeni 870 km od Parku Narodowego Koh Surin położonego przy granicy Birmy do Parku Narodowego Koh Turatao przy granicy Malezji.
Sezon na nurkowania w Morzu Andamańskim trwa umownie od listopada do maja włącznie. Początek sezonu oznacza się doskonałą przejrzystością wody, a końcówka daje najlepszą okazję zobaczenia rekinów wielorybich i mant.
Wyspy Similany są położone około 85 km na północny zachód od Phuket. Położone są wystarczająco blisko uskoku kontynentalnego do Oceanu Indyjskiego, który dostarcza świeżej, chłodnej wody z głębin, mieszającej się z ciepłą, bogatą w plankton. Archipelag składa się z 9 wysp, dostępnych do nurkowania w okresie od października do maja. Czasem, pomimo nadal doskonałych warunków nurkowych, wiejący monsun uniemożliwia niejednokrotnie bezpieczne rejsy. Druga połowa marca, czyli termin naszego safari, poza kilkoma kroplami deszczu i pobłyskującymi groźnie aczkolwiek daleko piorunami zapewniła nam idealną pogodę. Nurkując kolejno na East of Eden, Elephant Head Rock, Bacon Point, Christmas Point czy North Point bawimy się wspaniale. Udaje nam się nawet podkarmić bananami żółwia, który sam o to prosił pływając wkoło naszej łajby. Załoga pomaga we wszystkim, żona kapitana przygotowuje pyszne posiłki a polsko-kanadyjsko-francuska ekipa bawi się przez kilka dni wyśmienicie. Pod wodą przepięknie, robimy setki zdjęć, przebywamy pod wodą tak długo jak się tylko da, a po krótkiej przerwie wchodzimy ponownie. Ja nie mogąc wytrzymać na słońcu po nurkowaniu pływam z maską.
Główną naszą atrakcją powoli staje się polowanie z aparatem na rekina lamparciego i konika morskiego. Większa część ekipy dostaje na punkcie tych dwóch osobników tzw. śruby. Wszyscy znamy zasadę, która zakazuje dotykania pod wodą zwierząt. Podobno dotknięcie rekina lamparciego powoduje u niego pleśniawki i w konsekwencji śmierć, tak więc trzymamy pewien dystans robiąc mu fotki.
Poruszając się dalej na północ w kierunku granicy z Birmą znajdują się inne doskonałe nurkowiska: Koh Bon, Koh Tachai i sławne Richelieu Rock. Dla mnie, podobnie jak chyba dla reszty mojej załogi, najlepsze miejsce nurkowe podczas tego rejsu to skała w kształcie podkowy, otwartej od południa, gdzie ilość i różnorodność gatunków pod wodą po prosu mnie poraziła. Zaliczyłem już nurkowania w naprawdę fajnych miejscach, ale Richelieu Rock to jak zanurzenie w przepełnionym rybami akwarium. Może i widoczność nie powalała, ale naprawdę w miejscu tym zaraz po pierwszym nurkowaniu postanowiliśmy zostać cały dzień.
Więcej w najnowszym numerze Jachtingu wraz z pieknymi fotami autora!