News
PROCIDA - NIEODKRYTA WYSPA W POBLIŻU NEAPOLU
Magdalena Banasik, 2012-02-06
Przez wieki ta maleńka wysepka dawała schronienie wielu statkom, zarówno przyjaznym jak i pirackim. Za czasów Burbonów stała się nawet tzw. cesarskim terenem łowieckim. Położona na Morzu Tyrreńskim wysepka liczy ledwie 4 km2.

Z Dziennika Pokładowego Bimsi, wrzesień 2009 r.
Wcześnie rano odbijamy od włoskiego brzegu i kierujemy dziób Bimsi na północny zachód. Po 18 milach trawersu najbarwniejszej włoskiej zatoki - Zatoki Neapolitańskiej - jesteśmy przed malutką wysepką Procidą. To teren Campi Flegrei, czyli miejsce tworzone na przestrzeni kilkudziesięciu tysiącleci przez wulkany. Wcześniej nigdy nie słyszałam o tym miejscu ale cieszę się, że mam okazję je zobaczyć na własne oczy. Pierwsze zabudowania wyspy to znajdujący się w najwyższym punkcie Terra Murata (ziemi otoczonej murem) zamek d'Avalos. Jego historia sięga aż do 1529 roku, od tego czasu pełnił na zmianę rolę raz zamku, raz więzienia. Na zdjęciach z lotu ptaka wyspa wygląda jak odcisk łapy dinozaura lub cała postać dawnego stwora, aczkolwiek interpretacja ta wymaga pewnej dozy wyobraźni. Spośród trzech największych wysp w Zatoce Neapolitańskiej (Ischia, Capri) to Procida była tą pierwszą zamieszkałą wyspą. W VI wieku n.e. została przyłączona do terytorium Neapolu. Najeżdżano ją wiele razy, najpierw przez Saracenów, Wizygotów a potem Wandalów.
Kolorowe domy - architektura czy wskazówka?
Najpierw rzucamy kotwicę przed breakwaterem (kamienne falochrony, ustawione w różnych miejscach, chroniące nabrzeże przed falami) w rybackiej Marinie Corricella po południowej stronie wyspy. Mamy wspaniały widok na pierwszą uliczkę i pastelowe domy jakby przyrośnięte do skał. Niestety rozkołys od przepływających jednostek jest dość uciążliwy i przestawiamy się kawałek dalej w głąb zatoki San Antonio, gdzie na bardziej otwartej przestrzeni fale nie są już tak męczące. Prognozy są dobre, więc noc powinna być spokojna.
Pierwszy rekonesans lądu to plaża, bo gdzież indziej chciałyby pójść dzieci. Piasek jest ciemny, drobny, wulkaniczny. Aby dotrzeć do miasteczka trzeba się wspiąć którymiś z kilku dostępnych schodów, umieszczonych w pionowej skale lub drogą wodną w dinghy wprost do rybackiego portu. Przebijamy się więc wodą przy nabrzeżu Corricella pomiędzy kolorowymi, rybackimi łódeczkami, powiązanymi do bojek, do siebie, do czego się tylko da. Stoją tak gęsto, że naprawdę musimy odpychać je rękoma, żeby znaleźć chociaż minimalne miejsce na postój. Wychodzimy na kamienne nabrzeże i od razu wtapiamy się w spokojną atmosferę wyspy. Mieszkańcy zerkają na nas ciekawie i z uśmiechem odpowiadają na nasze pozdrowienia. Mijamy fantastyczną, małą restauracyjkę, w której z pierwszego piętra wystaje połowa prawdziwej łodzi rybackiej. Skała, w której są zbudowane mieszkania i knajpki sięga kilka pięter w górę. Samo miasto jest wyżej. Powód usytuowania miasta na takiej wysokości sięga jeszcze czasów średniowiecznych, kiedy to mieszkańcy próbowali chronić się przed saraceńskimi piratami. Wszystkie fasady mieszkań pomalowane są wielobarwnie, przeważa niebieski, żółty, zielony i biały. Podobno istnieją dwa wytłumaczenia tej kolorystyki: pierwszy to ułatwienie dla żeglarzy powrotu do swojego domu z morza a drugi to odgraniczenie poszczególnych mieszkań.
Wspinamy się na kamienne schodki. Na szczycie od razu znajdujemy się na małym placyku z kościołem z XV wieku San Rocco. Zanurzamy się w wąską uliczkę, która łączy się z kolejną i kolejną. Nieliczne samochody, gdy je tu spotykamy, wykonują ewolucje, które do tej pory wydawały mi się niemożliwe. Czasami muszą składać lusterka, aby się przecisnąć między budynkami, a ominięcie człowieka graniczy z cudem. Czasem korzystniej pieszemu wycofać się lub podbiec do przodu, względnie wejść do czyjegoś mieszkania. Z murów zwisają pędy i kwiaty bugenwilli i innych przepięknych roślin. Dochodzimy do granicy Terra Murata, skąd rozciąga się widok na inną stronę wyspy i Marina Grande. Jest przepięknie. Uderza nas jeszcze inna rzecz, rzadko spotykana we Włoszech - czystość. Na ulicach nie ma śmieci, odpadków ani walających się papierków i plastykowych siatek. Czarodziejska Procida - zaczynamy być pod coraz większym jej urokiem. Wracamy na Bimsi płynąc już tylko w świetle księżyca. Jest pełnia.
Zawsze jest gdzie się schować
Prognozy o sztormach z północy (wpływ bliskości francuskiego wybrzeża) przyszły dzisiaj. Dobrze że stoimy w zatoczce Sant Antonio, osłonięci od północy. Najwyżej przeczekamy jeszcze kilka dni. Docieramy pieszo na drugi kraniec wyspy, na tzw. Ciracciello, okrywając przy okazji więcej cywilizacji: knajpki, sklepiki lokalne i nawet supermarket Conad. Plaża z tej strony jest bardzo szeroka i piasek dużo jaśniejszy. Tu dopiero widać prawdziwość prognozy, jaką odczytaliśmy na Navtexie. Fale biją jak oszalałe w brzegi i mocno wieje. Stąd też rozciąga się widok na malutką wysepkę, którą jest Isolotto Di Vivara. To na niej pierwszej znaleziono żelazne przedmioty pochodzące z XVII w p.n.e. Pozostałe ślady wskazują na zamieszkiwanie Rzymian zarówno na Vivarze jak i Procidzie. Wyspy łączy most linowy, niestety w tej chwili jest nieczynny po tegorocznych zimowych sztormach, które osłabiły jego konstrukcję. Ta syjamska siostra Procidy to najmniejsza z wysp neapolitańskich (zaledwie 0,38 km2 powierzchni), kiedyś własność Zakonu Franciszkanów. Później miała być przekształcona w ekskluzywny ośrodek wypoczynkowy z całą infrastrukturą, w tym lądowisko dla helikopterów. Na szczęście wskutek protestów wielu środowisk inwestycja nie doszła do skutku i na wyspie powstał Narodowy Rezerwat Przyrody, ze względu na bogactwo flory i fauny. Wewnątrz mostu znajduje się skomplikowany system rur, doprowadzający dawniej wodę z sąsiedniej Ischii. Ze względu na uszkodzenie mostu pozostaje nam napawanie się widokiem Vivary z plaży. Dzieci puszczają balony, ale szalejący wiatr wyrywa im nitki z rąk i jeden po drugim znikają szybko z oczu.
Uroku i sławy dodają Procidzie również zdarzenia filmowe. Tutaj m.in. był kręcony ,,Listonosz" i ,,Utalentowany Pan Ripley". Kilku autorów osadziło tutaj akcje swoich powieści (m. in. ostatnio wydana ostatnia część z trylogii Penelope Green ,,Na północ od Capri").
Więcej w najnowszym numerze "Jachtingu"