News
Komodo
Miłosz Dąbrowski, 2012-02-06
Rozglądam się dookoła. Niewysokie, brązowo-zielone wyspy. Norwegia? Irlandia? Słońce przebija się nieśmiało przez chmury, tylko jakoś dziwnie gorąco i wilgotno. Znów nierealny sen podczas małej drzemki. Jesteśmy przecież na Komodo... Na szczęście uzmysławiam sobie po chwili, że spędzimy w tym raju jeszcze kilka dni... Ale zacznijmy od początku.

W tym roku kwiecień nie rozpieszczał. W nocy przymrozki, w dzień niewiele cieplej. Dobry czas na zaplanowanie jesiennej wyprawy. Miejsce, ekipa i termin; na razie rozmyślam, czasu przecież jest dużo. To właściwie moja praca... Przeglądam internet i książki. Może w końcu Australia, może Afryka?
Kierunek Indonezja
Jak to często w życiu bywa, pewne rzeczy rozwiązują się same. W tym przypadku wizyta w Polsce Mariusza zaowocowała nowym konkretnym pomysłem. Po kilku ciężkich wieczorach jest nowy plan. Komodo. Połączymy nurkowania na Komodo z pobytem na Bali - gdzie też oczywiście zrobimy kilka nurkowań i najciekawsze wycieczki, aby urozmaicić nasz program. Wokół wyspy Komodo zrobimy safari, gdzie gwoździem programu będą mało znane miejsca nurkowe (uważane za najatrakcyjniejsze w Azji) oraz oczywiście słynne smoki z Komodo. Musimy tylko znaleźć dobrego przewodnika nurkowego znającego te trudne przecież wody.
Wyspa Bali jest sercem turystycznym Indonezji, no i szkoda byłoby nie wykorzystać tego, że Mariusz od lat zajmuje się tam turystyką nurkową. Jak nikt inny z pewnością będzie perfekcyjnym przewodnikiem na powierzchni i pod wodą. Ma zaplecze, sprawdzoną ekipę, szybkie łodzie oraz doskonałą znajomość wyspy, regionu i miejsc nurkowych.
Decyzja została podjęta i teraz nadszedł czas na konkretny program. Duża ekipa jak zwykle zebrała się w kilka dni. Szybko ustalamy że po drodze zatrzymamy się w Singapurze, który już większość widziała, ale teraz chciałaby poznać nieco bardziej.
Wyspę Bali też znałem dobrze. Kilka lat temu widziałem już mola mola, manty, ryżowe pola spoczywające u stóp wulkanicznych zboczy. Poznałem widok świątyń i kapliczek, będących naocznymi świadkami częstych ceremonii religijnych. Religijność mieszkańców jest na tej wyspie zauważalna na każdym kroku. Setki lat temu w izolacji od reszty świata na Bali hinduizm zmieszał się z buddyzmem, animizmem oraz wiarą w duchy i magię. W konsekwencji barwna wyspa stała się jeszcze bardziej kolorowa dzięki codziennym ceremoniom, zapachowi kadzideł, udekorowanym świątyniom i ofiarom składanym w wielu miejscach.
Bali
Bali naszym rodakom (szczególnie miłośnikom polskich komedii) kojarzy się z rzadkim gatunkiem nietoperza i brzmi naprawdę egzotycznie. Pierwsza wizyta w Indonezji rzuciła mnie na kolana. Zostawiła też w pamięci coś, czego tak naprawdę opisać się nie da. Spokój emanujący od mieszkańców udzielał się i nam. Rozkoszowaliśmy się widokami, egzotycznymi twarzami, nurkowaniem z mantami, rekinami; rozgrzewał nas widok mola mola no i gorący, wilgotny klimat. Setki zrobionych wtedy zdjęć do dziś przeglądam z nostalgią... Nie widziałem więc żadnego problemu, aby po kilku latach wrócić na tą bajeczną wyspę i okalające ją wody.
Odwiedziliśmy zatem ponownie świątynię Uluatu oraz wulkan Kintamani. Obcowaliśmy z mantami, nurkowaliśmy w Crisal Bay na Nusa Penida, oraz byliśmy na wraku US Liberty w Tulamben. Szczególnie w tym miejscu mógłbym nurkować wiele razy. Wrak położony płytko, dostojnie rozłożony na przestrzeni ok 120 metrów kryje mnóstwo morskich gatunków, a ,,dyżurna" ławica jackfishów zapiera dech w piersiach. Jest to też idealne miejsce do makrofotografii, gdzie na czarnym wulkanicznym piasku i dużych kamieniach zaobserwować można większość małych morskich mieszkańców. Kilka dni na Wyspie Bogów i Demonów jednym z nas odświeżyło wciąż żywe wspomnienia, innym dało widok najciekawszych miejsc pod wodą i na powierzchni. The Best of Bali - bez ściemy i tanich wycieczek serwowanych przez biura podróży i hotel. Dzięki Mariuszowi i jego ekipie z DIVING INDO otrzymaliśmy 100% tego co najlepsze na Bali. Prawie wszyscy z naszej licznej ekipy zaliczyli także lekcję surfingu. Plaża w Kucie zapewniła nam idealne warunki do stawiania pierwszych kroków na desce. Sympatyczni i skuteczni instruktorzy sprawili, że niektórym surfing wychodził naprawdę dobrze. Mario zaraził nas nowym hobby, szkoda tylko że w Polsce ciężko je realizować...
W drodze na Komodo
Jednak wisienką na naszym indonezyjskim torcie podczas tej wyprawy do Indonezji był rejs na Komodo, jak na razie niezbyt często odwiedzany kierunek. To co najszybciej rzucało nam się w oczy podczas pierwszych nurkowań, to ogromne ilości ryb, ale także ich rozmiary. To tutaj widziałem największe w życiu nadymki, lucjany czy ślimaki nagoskrzelne ale rekord pobił 50 cm ślimak - Spanish Dancer.
Warto też wspomnieć nasz plan, trasę i miejsca nurkowe specjalnie dobrane przez Jimmiego- głównego przewodnika nurkowego po tych akwenach. Z Denpasar na Bali po niespełna dwugodzinnym przelocie samolotem znaleźliśmy się w Labuhan Bajo - na zachodzie wyspy Flores. Widoki z okna samolotu nie pozwalały zasnąć pomimo wczesnej pory i zarwanej nocy. Kształt wysp, lazur otaczającej jej wody, wulkany i tryskająca z wysp zieleń zastąpiły mi kawę :). Zastanawiałem się też jak wygląda nasza łódź. W panującym tu upale i wilgotności oraz liczebności naszej drużyny było to bardzo ważne. Lądowanie na Flores było jak lodowaty prysznic. Leciwy samolot z impetem osiadł... na trawie - tak to przynajmniej wyglądało z boku. O kurczę, wylądowaliśmy u stóp górzystej dżungli! Dookoła drzewa, zielone krzaki i ...jeden mały budynek lotniska. W terminalu (budka o powierzchni 30 m2 nie schładzana klimatyzacją) pełno zdjęć smoka z Komodo i informacji o parku narodowym. To też nas czeka, ale najpierw nurkowanie... Po kilku minutach drogi śmiesznymi mikrobusikami jesteśmy już w porcie. Pomimo wczesnej pory upał zaczyna nas rozpuszczać. Widoki jakie nasze oczy wychwytują są nie do opisania. Wioska Labuhan Bajo daje obraz jak żyje się w tym gęsto zaludnionym kraju w miejscach, gdzie komercja i infrastruktura turystyczna nie istnieje. Prawdziwe życie. W takich sytuacjach zawsze żałuję, że nie da się sfotografować zapachu. Wilgotna woń tak naprawdę przeraźliwej biedy zwróciła uwagę nas wszystkich. Takie coś trzeba zobaczyć na własne oczy. Mariusz powiedział, że tutaj nie kupi się nawet zimnego piwa, co nasi panowie przyjęli z wielkim oburzeniem.